Paweł Szydeł: "Dużo się bada, mało czyta
Dzieje niemieckiej literatury Heinza Schlaffersa.
Przekład Wiesław Trzeciakowski
Zdanie, jakoby lud ma po to rząd, by jemu służył, słyszy się także z książek. Najczęściej wiąże się z tym zamiar przedstawienia zawstydzającej ekwiwalencji pomiędzy dziełem a publicznością: jedno jest tak samo głupie jak drugie. Cieniutka książeczka badacza literatury Heinza Schlaffera, która ukazała się w wydawnictwie Hansera (Hanser Verlag w Monachium, dop. tłumacza), mogłaby dać okazję do przewrotnego pytania, czy nam taka książka w ogóle jest potrzebna. Gdyż jest, między nami mówiąc, odrobinę za dobra jak na nasze czasy.
150 stron i ani jednej linijki więcej. To wszystko, co potrzebuje Heinz Schlaffer, żeby wyjaśnić, czym się stała niemiecka literatura, czym była, a czym jest. I dlaczego jej historia była tak krótka. Kiedy napisano po raz ostatni tak uczoną i klarowną, napisaną z giętką elegancką historię literatury ? Kiedy ostatnio któryś z wielkich rzucił rękawicę i wyzwał na pojedynek całą swą dziedzinę, a raczej : cały czytający kraj ? Trzeba by się tu długo zastanawiać i należałoby daleko sięgnąć pamięcią. Z tego też powodu trzeba na 'Krótką historię niemieckiej literatury' zareagować inaczej niż ze zwykłą rutyną. Ponieważ ta książka stanowi wydarzenie - w historii literatury, wykraczając daleko poza nią.
Heinz Schlaffer postawił pytanie, które nie jest nowością: to pytanie jego życia. Brzmi ono: dlaczego niemiecka literatura dopiero tak późno, a potem z takim blaskiem objawiła się światu? Z jakiej przyczyny dopiero w połowie osiemnastego wieku, dlaczego w takiej lichej mieścinie jak Weimar? I dlaczego jedynie na krótki przeciąg czasu między 1770 a 1830? Co wydarzyło się w ciągu tej długiej nocy przed krótkim, jasnym dniem - i co w ciągu następującego po nim zmierzchu? Jakby mimochodem załatwia Schlaffer cały szereg pytań, o których historycy kultury i literaturoznawcy od stu lat traktują pisząc opasłe kompendia, na przykład: Co w ogóle jest niemieckie w niemieckiej literaturze i w niemieckim duchu? Co ciągnie Niemców nieustannie od nowa ku przepaści? Co takiego faustycznego w Doktorze Fauście?
Czuje się, że tego typu pytania wykraczające poza zakres literatury narodowej, wiodą szeroko do dziejów duchowych, niepokojów i związanych z przeznaczeniem, głęboko ku politycznej genealogii Niemców. Od czasu pism Helmuta Plessnera o opóźnieniu narodu nikt dał tak skoncentrowanego, rozjaśniającego spojrzenia na temat kulturalnej konstytucji kraju pomiędzy Goethem a Goebbelsem. Forma posiada - jak u Plessnera - charakter eseju, który skierowny jest nie tylko do specjalistów, ale do szerokiej, wykształconej publiczności. Ci czytelnicy nie czytają propozycji DFG, najmłodszego rozkwitu niemieckiej prozy naukowej, tylko żyją od lat w kręgu eseistyki Georga Steinera lub Jeana Starobinski'ego. O ile życie znaczy więcej niż dobre jedzenie i złe lektury.
Zawsze, gdy trzeba, Schlaffer jest komparatystą, to znaczy zawsze wtedy, gdy należy te opóźnienia i rozłamy w niemieckiej literatury porównać z innymi europejskimi literaturami w sposób zgodny z myśleniem.
To są trudne prawdy, o których mówi komparatysta; trudne dla miłośników niemieckiej literatury, jeszcze trudniejsze dla jej zawodowych obrońców. Pierwsza z tych prawd brzmi: inaczej niż w romańskich literaturach, nie istnieje w niemieckim piśmiennictwie żadna żywa tradycja. Pozwalają w to wątpić dzieła takie, jak 'Parsival' Wolframa, 'Tristan i Izolda' Gottfrieda i pieśni Walthera von der Vogelweide, które były mało znane za ich czasów, a dla późniejszej literatury o nikłym znaczeniu.
Kiedy nadszedł czas druku, nie służył do ich upowszechnienia - jak to się spotyka u Dantego, Petrarki i Bocaccia - lecz raczej do całkowietgo zapomnienia o nich, z którego (wraz z ich pomniejszymi towarzyszami męki) uwolnili ich dopiero germaniści szukający początków niemieckiej literatury narodowej. Jednakże ich nadal do dziś kontynuowane filologiczne ukochane dzieło nie utrwaliło jeszcze ani tradycji ani czytelnictwa. Czyta się chętnie, jak zauważa to złośliwie Schlaffer, coś na temat średniowiecza, ale nic ze średniowiecza. Tak brzmi przygnębiająca dla tej dyscypliny wiadomość: 'Wykopaliska germanistów są jedynie przenoszeniem do innego łóżka, z bibliotek... z powrotem dla świętego spokoju do bibliotek.'
Biedna germanistyka! Tutaj przemawia nie tylko znawstwo i oczytanie, ale także niepohamowana chęć do polemiki. Czarodziejska różdżka historyczno - literackiej krytyki staje się karzącą rózgą filologów, kiedy Schlaffer pisze: 'Ustawicznie rośnie ilość tekstów z minionych wieków, które germaniści przedstawiają na zawołanie, podczas gdy liczba dzieł z przeszłych wieków, znanych czytelnikom, kurczy się. Dużo się bada, niewiele czyta.' Dotyczy to nie tylko wieków średniowiecza, ale także czasów nowożytnych, w których Schlaffer nie zauważa w dziedzinie historii literatury niczego, co miałoby jakieś znaczenie. Pisarze baroku są dla niego latynizowanymi, nadętymi i nadmiernie wystawnymi gadułami, niezdolnymi do tego, by dać fundament niemieckiej literaturze narodowej, jedyny Grimmelshausen czyni wyjątek.
Do czasu, kiedy pozostała część Europy zbudowała się na dziełach Calderona, Moliera, Racine'a, Roberta Burtona i Johna Miltona i nimi się rozkoszowała, Niemcy mieli niewiele do zaproponowania poza łacińskimi dramami i kilkoma pieśniami kościelnymi. Kulturowo - historyczne przyczyny tego bankructwa nowszych czasów upatruje Schlaffer w przepaściach, jakie oddzielały od siebie kulturę dworską, świat uczonych, a język ludu. Że w końcu, w drugiej połowie XVIII wieku jednak wzniosło się światło niemieckiej literatury i mogło przebić zachmurzenie manieryzmu, zawdzięczać należy nieocenionej dla Niemiec sile kultury: protestantyzmowi, zwłaszcza w jego pietystycznej sublimacji.
Na tym polega oś i punkt, wokół którego wszystko się obraca w tej wielkiej małej książce, źródło jej zdumiewającej przejrzystości, jak również stronniczego zaślepienia. Schlaffer pisze historię początków niemieckiej literatury w duchu protestantyzmu, jego poetycką mocą i usilnym dążeniem za nieśmiertelnością, jego ignorowaniem świata i jego dążeniem do wewnątrz. Tak radykalnie w cieniu parafii jeszcze nikt nie kopał, szukając początków kultury literackiej. W stosunku niemieckiej literatury do religii chrześcijańskiej, zwłaszcza do ich protestanckich i pietystycznych kierunków, leży - jak uważa Schlaffer - pozytywna i wewnętrzna jedność tej literatury, jako 'prawdziwe bogactwo w okresach płodnych i jako ubóstwo w mizernych czasach.'(...)
(Ulrich Raulff , w: Kulturchronik 3 / 2002, s. 19 - 20, pierwodruk: Sueddeutsche Zeitung), tekst skrócony
Uzupełnienia tłumacza:
1. Wolfram. Chodzi o Wolframa von Eschenbacha, autora 'Parsivala' i 'Willehalma', barda niemieckich średniowiecznych eposów (Minnesaenger). Na język polski przełożył niezwykle starannie te dzieła A. Lam.
2. Grimmelshausen, Hans Jakob Christofell, ur. ok. 1622, zm. 1676, powieściopisarz niemiecki. Pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej. Osierocony, uprowadzony przez lancknechtów i wciągnięty w wir wojny trzydziestoletniej, jako sługa obozowy, potem muszkieter. Autor m.in. 'Opisu życia arcyoszustki i wagantki Courasche' (1670) oraz 2-tomowej powieści 'Cudowne ptasie gniazdo' (1672). 'Pisma symplicjańskie' uważa się za szczytowe dzieło pisarza i wybitne osiągnięcie lit. niem. XVII wieku. Utwory odzwierciedlają dzieje wojny, zawierają trafne obserwacje natury politycznej i społecznej.
3. Pietyści - radykalny odłam protestantyzmu (wschodnie Niemcy, główny ośrodek intelektualny: Halle). Dla pietystów większe znaczenie niż jakakolwiek doktryna miała osobista pobożność, głębia wiary. Na ich poglądy i postawy wpływ mieli Bracia Morawscy, uciekinierzy religijni, którzy przybyli do Prus i osiedli w majątku hrabiego L. Zinzendorfa, a swą nową siedzibę nazwali Herrnhut, stąd nazywano ich także herrnhutami. 'Herrnhut' znaczy 'Schronienie Pana'. Z takiej rodziny wywodził m.in. Haendel i Novalis. Pietyzm wywarł duży wpływ także na poglądy teologa F. Schleiermachera (Mowy o religii).
Margarethe von Trotta ma 60 lat
O kontrowersyjnej twórczości reżyserskiej, oskarżanej o feminizm i złośliwość.
Przekład Wiesław Trzeciakowski
'Kiedy się mnie atakuje, jestem właściwie silniejsza'. Już z początkiem lat osiemdziesiątych Margarethe von Trotta dała taki załącznik swej samoświadomości do protokołu. Przy tym wówczas nie mogła znieść ogromnej złośliwości po prezentacji jej filmu 'Heller Wahn' (tu: Czyste szaleństwo) podczas Festiwalu w Berlinie, także później, w połowie lat dziewięćdziesiątych, żartów dużej części krytyki i obojętności publiczności oglądających jej film 'Das Versprechen' (Obiecanka). Na artystycznej drodze Margarethy von Trotta, która w kwietniu ukończyła 60 lat, wieje delikatny powiew tragiczności. Z jednej strony mamy tu do czynienia z międzynarodową renomą, której najlepszym dowodem jest nagroda ZŁOTE LWY w Wenecji za obraz filmowy 'Die bleierne Zeit'(Ołowiany czas). Z drugiej strony reżyser i autorka scenariuszy jest w Niemczech stanowczo zbyt rzadko zaszczycana, jak by wymagała tego jej odwaga, określona tematyka, jej talent do wsłuchiwania się w ukryte odczucia ludzi i nieustanna równowaga w przedstawianiu drażliwych uczuć.
Jej prace zbywać po prostu określeniem 'kobiece filmy', tylko dlatego, że w centrum stoją kobiece postaci, graniczy ze złośliwością. 'Bzdura', próbuje się z ledwością wtedy bronić zniesławiona, 'moje filmy traktują o stosunkach między ludźmi'. Podobnie jej pierwsza własna praca reżyserska, 'Das zweite Erwachen der Christa Klages' (Drugie przebudzenie Christy Klages) - scenariusz Margarethe von Trotta pisała jeszcze wspólnie z Luizą Francia - pokazuje nie tylko sytuację trzech kobiet w różnych życiowych momentach, które niczym rozmaite możliwości oddziałują na jedną i tą samą osobę. Ten ocierający się o katharsis rewolucjonistki film z 1977 roku przyjmuje także krytyczne stanowisko wobec politycznej sytuacji Niemiec, co cztery lata później w parafrazie o losie sióstr Ensslin, Gurdun i Christanie, w 'Die bleierne Zeit' (Ołowiany czas) jeszcze bardziej zostało uwypuklone. Margarethe von Trotta postawiła w 1986 roku pomnik filmowy Róży Luksemburg jako wyraz swego podziwu i podjęła próbę - co stanowi duży wyjątek wśród filmowców - emocjalnego, sięgającego głębi zwrotu w niemieckiej historii, którą odzwierciedla w poruszającej kinowej opowieści. ('Das Versprechen' - Obiecanka, 1995). (...)
Obok takich prac, w których odbija się problematyka polityczna, znajdują się filmy utrzymane w klimacie prywatności, jak 'Schwestern oder Balance des Gluecks' (Siostry albo równowaga szczęścia) z 1979 roku, 'Fuerchten und Lieben' (Lęki i miłości) z 1988 roku na motywach 'Trzech sióstr' Czechowa czy film powstały również we Włoszech 'Rueckkehr' (Powrót) z 1990 roku. (...)
Wszystko zaczęło się w Paryżu po maturze, razem z przyjaciółmi ze studiów, po wpływie, jaki na nich wywarła 'nouvelle vague'. Margarethe von Trotta urodziła się w Berlinie, nazwisko zawdzięcza swej matce, nadbałtyckiej arystokratce pochodzącej z Moskwy, która uciekła stamtąd na Zachód w latach dwudziestych. Po powrocie z Paryża do Niemiec w międzyczasie Margarethe studiowała germanistykę i romanistykę, a przy tym pobierała w Monachium lekcje aktorstwa. Dopiero wtedy nadszedł oczekiwany angaż do teatrów w Dinkelsbuehl, Stuttgarcie i Frankfurcie. Od 1968 roku Margarethe von Trotta grała już tylko w filmach, współpracując z Schloendorffem, Fassbinderem i Hauffem. W 'Nieoczekiwanym bogactwie biednych ludzi z Kombach' (Der ploetzliche Reichtum der armen Leute vom Kombach) nadarzyła się w 1970 roku okazja współpracy ze Schloendorffem, nad scenariuszem. W 1975 roku nastąpiły kolejne wydarzenia: 'Utracona cześć Katarzyny Blum' (Die verlorene Ehre der Katharina Blum) i zaproszenie Schloendorffa do reżyserskiej współpracy, której jednak nikt nie chciał uznać za prawdę, gdyż plakat filmowy Margarethy von Trotta gdzieś się wręcz zapodział. Skok ku samodzielności był już oczywiście nie do powstrzymania. 'Teraz ja sama określam siebie', głosi odpowiadająca temu notatka, 'Napatrzyłam się i wspólnie myślałam już od zawsze'.
(Hans - Dieter Seidel, w: Kulturchronik 3 / 2002, s. 42 - 43, pierwodruk: Frankfurter Allgemeine Zeitung), tekst skrócony"
Sunday, December 6, 2009
Thursday, February 8, 2007
Subscribe to:
Posts (Atom)